Bez twarzy…
Życie takie mi się marzy…
By unikając swego poświęcenia ołtarzy..
W słońcu mądrości trzeciej drogi się prażyć.
Żyć jakby świat miał się tuż przed nami zakończyć.
Dokładnie tak, jakby chciano nas trwale wyłączyć.
Nie być dla społeczeństwa zauważalnym wcale.
I nie pławić się w nadmiernej dumy banale.
Robić na wielką skalę stulecia przekręty.
I nigdy nie zostać przez ludzi wyklętym.
Pozostawać zawsze w nieprzeniknionym cieniu.
Nie powiadamiać nikogo o swym istnieniu.
Nie dawać dowodów swej niezwykłej chwały.
Żyć po cichu, umieć stawać się małym.
Trawić system ogromnie niedoskonały.
Sprawiać by rzeczy niemożliwe się stały.
Być jak szczur , co żyje w niewidocznym w kanale.
Żadnego ludzkiego więzienia musi nie bać się wcale.
Być nikim dla wszystkich lecz wszystkim dla siebie.
Jak zwyczajna gwiazda, choć jedyna taka na niebie.
Potrafić ukryć siebie samego głęboko w swojej głowie.
By pokazać tego , kogo chcą ujrzeć w Twojej osobie.
Nie pozwolić dać poznać się tak naprawdę, do końca.
Mówić prawdę tylko w myślach, do wschodzącego słońca.
Być niczym wiatr, którego nie widać gołym okiem
Pokazać się tylko w efektach, a nie butnym wzrokiem.
Bez własnej twarzy. Miast niej posiadać masek mnóstwo.
Używać ich umiejętnie, nigdy nie kreować się na bóstwo.
Tak właśnie sobie żyć, na skraju ram społeczeńtwa.
Lecz nie tracić przenigdy swego człowieczeństwa.
Być odizolowanym, nieprzeniknionym, nieodkrytym.
By gdy ktoś cię pozna naprawdę, stanął jak wryty….